u nas/u nich

By Kasia on 20th December 2010 — 2 mins read

Bo widzi Pani, mnie to się zawsze wydawało, że oni są jak jedno. Zawsze tacy szczęśliwi, zakochani. On to zawsze kwiaty jej kupował. Co go widziałam, to on do domu albo z kwiatami, albo z czekoladkami wracał. Ona bardzo te czekoladki lubiła. A kwiaty to jej zawsze pojedyncze dawał, nigdy w bukiecie. Pewnie ona mało, a często chciała, żeby było wiadomo, że kocha. A że on ją kochał, to te kwiaty przynosił. Zawsze co go widziałam, to mówiłam „ ta Pana żona ma szczęście, że Pana ma”, a on się tylko uśmiechał. Dziwnie tak, że nigdy mi nic nie odpowiadał. Ale kto go tam wie, może wstydliwy był.

Do Kościoła to zawsze razem chodzili. Ona go pod rękę brała i w niedziele szli. W inne dni tygodnia to raczej nie chodzili, tylko w niedziele. Dzieci nie mieli. My, tu na wsi, myślmy, że oni tych dzieci mieć nie mogli. Pewno chcieli, bo jak na wakacje do nich siostrzeniec przyjeżdżał to tacy szczęśliwi byli. Z tym chłopczykiem to się tak ładnie bawili, na spacery go zabierali, do lasu. Tak wtedy jak z obrazka wyglądali. Bo ona bardzo ładną kobietą była, a i on przystojny. Wysoki. Ale też jak chłopiec wyjeżdżał to nie marnieli. Dalej tacy sami byli. My, tu na wsi mówimy, że takich jak oni, zakochanych, to my tu nie mieli.

No, a potem do miasta wyjechali. Pewnie im ta nasza wieś za mała była. Pożegnali się ze wszystkimi sąsiadami i pojechali. Pewno szczęśliwi w tym mieście byli, bo nigdy tu do nas nie wrócili. Ale domu nie sprzedali. Stoi tam, widzi Pani, pusty. Pewno sprzedawać nie chcieli, bo tacy tu szczęśliwi byli. My, tu na wsi, zawsze mówimy, że takich jak oni to my tu nie mieli.

– Tak powiedziała? – wydaje się być szczerze zaskoczony. Przez chwile milczy. W jego surowej twarzy bezskutecznie staram się doszukać śladów pogodnego mężczyzny, którym ponoć był w młodości.

– Wyjechaliśmy wtedy na sprawę rozwodową. Nasze małżeństwo było pomyłką i dobrze o tym wiedzieliśmy. Choć w tamtych czasach nie tak łatwo było zdecydować się na rozwód. Nie staraliśmy się o dzieci, tak samo jak nie staraliśmy się ratować tego związku. Rozstaliśmy się z pewnym smutkiem, bo chyba zdążyliśmy się polubić przez tych kilka lat, ale też z poczuciem, że tylko tak mogliśmy się uratować od nieszczęśliwego życia.

– A kwiaty? – śmieje się przez chwilę, myślę nawet, że może to pod wypływem wspomnień. Z jego twarzy znika napięcie.

– Proszę Pani, a co to komu szkodzi być miłym dla kobiety? My byliśmy dla siebie mili, uprzejmi. Tak nas wychowano. Inna sprawa, że nigdy się nie kochaliśmy.

Posted in: felieton

Leave a comment

Get in Touch

Your contact message.