untitled

By Kasia on 4th August 2009 — 2 mins read

Byli małżeństwem dobrym i zgodnym. Wszyscy tak o nich mówili. I może faktycznie, nikt nigdy nie widział między nimi wielkiej miłości, ani romantycznych uniesień. Widziano za to szacunek i pokorę względem tego, co otrzymali od życia.

Oboje pochodzili z wiejskich rodzin, w których uczono, że kobieta ma gotować i wychowywać dzieci, podczas, gdy mężczyzna zapewniać rodzinie utrzymanie. Od małego wpajano im, że tylko dzięki ciężkiej, fizycznej pracy można w życiu coś osiągnąć. Szybko nauczyli się, że to rodzina jest najważniejsza. Że niezależnie od tego, co stanie się w życiu, rodzina, ta chciana i ta niechciana, będzie zawsze obok.
Byli nieśmiali. Zamknięci w sobie, niepewni. Gdy dorośli okazało się, że Ona nie jest piękna, a On przystojny. Byli zwykli. Być może przerażająco przeciętni. Ciężka praca odarła ich z marzeń i spontanicznej radości. Byli smutni.

Poznali się na jakimś weselu. Nie wstydzili się tego, że wyswatała ich sąsiadka, która była zdania, że młodym i miłości czasem trzeba pomagać. Tyle tylko, że Oni nie byli już młodzi. Mieli swoje lata i sądzili, że to im trzeba będzie zostać w rodzinnych domach, by na starość opiekować się schorowanymi rodzicami.
Szybko odkryli, że prócz pochodzenia niewiele ich łączy. Wrodzona nieśmiałość utrudniała swobodną rozmowę. Wiek sprawiał, że z trudem przychodziło im chwycenie się za ręce. Mimo to, przekonani, że nie mają wiele czasu, ani tym bardziej innych możliwości, wzięli szybki ślub. Nikt się nie dziwił. Na wsi ludzie wiedzieli, że lepiej żyje się we dwoje, raźniej. Mówiono też, że miłość przyjdzie. Z czasem.

Miłość nie przyszła. Chyba nie była dla Nich.
W jej miejsce przyszedł szacunek. Wiedzieli ile mieli szczęścia. Mogli być sami. Mogli nie jeść razem kolacji, a potem oglądać wiadomości. Mogli nie nauczyć się rozumieć i akceptować wzajemne wady. Mogli być samotni.
A nie byli. I każde z Nich, na swój sposób codziennie za to dziękowało Bogu. Ten, z sobie tylko wiadomych względów, nigdy nie obdarzył ich potomstwem. Nie mieli żalu. Sądzili, że do posiadania dziecka potrzebna jest miłość. A przecież ta ich nie łączyła, dobrze o tym wiedzieli.
Ale to nic.
Byli szczęśliwi. Na swój sposób.
Żyli tak, jak ich wychowano. Ona dbała o dom, prała Jego zabłocone ubrania, czyściła buty i gotowała obiady. On, dzięki ciężkiej pracy, zapewniał im życie, w czasie, którego nigdy nie martwili się o to, czy będzie co włożyć do garnka.
W każdą niedzielę szli, podobnie jak reszta wsi, na mszę.
Gdy zamykali furtkę On chwytał Ją za rękę. Tylko w ten jeden dzień.
I tak przez ponad pięćdziesiąt lat.

Posted in: felieton

Leave a comment

Get in Touch

Your contact message.